piątek, 31 października 2025

Poród 2: Prolog - Ojciec i Syn (fragment)




Tego samego wieczoru, w którym Jegierski przeglądał szpitalne fotografie, racząc się przy tym „wodą życia”, gdzieś na obrzeżach miasta, w parku otoczonym zewsząd drzewami, na starej ławce siedział mężczyzna. Powietrze było lepkie od wilgoci, próbowało przylgnąć do skóry, przytulić w miłosnym objęciu, niczym spragniony bliskości kochanek. Wślizgiwało się w płuca z każdym oddechem, przynosząc chwilową ulgę zaschniętemu przełykowi. Drzewa oddychały ciężko, leniwie, szumem liści i mchowym zapachem runa leśnego. Półmrok pogłębiał się z minuty na minutę – tylko księżyc rozcinał jego macki cienkim jak nóż ostrzem światła, które w każdej chwili mogło jednak być pochłonięte przez mrok.
Dariusz Wirecki siedział na spróchniałej ławce, wilgoć powoli osiadała na jego spodniach. W dłoniach trzymał dwa zdjęcia. Na jednym byli oboje z Julitą: szczęśliwi, uśmiechnięci, zakochani. Drugim było przeklęte zdjęcie USG. Nie był to obraz dziecka, raczej cień, rozmazana, niewyraźna plama, bardziej anomalia, lub usterka sprzętu, niż rzeczywisty obraz płodu. Dariusz wiedział jednak, że jest jak najbardziej prawdziwe. Dziecko było ułożone bokiem, więc widział je jedynie z profilu, ale to wystarczyło. Na głowie, w miejscu oczodołu widniała mała plamka. Plamka, na którą wcześniej nie zwracali uwagi, a która teraz była mu tak dobrze znana. Pusty oczodół, spojrzenie z bezmiaru pustki, będące uosobieniem najgorszych koszmarów.
Trzymał zdjęcia tak mocno, że papier drżał jak liść na wietrze – choć akurat w tym momencie powietrze zastygło, jakby w oczekiwaniu na to, co się stanie.Bardziej odczuł, niż dostrzegł moment, w którym trawa po jego lewej stronie zaczęła się uginać. To zaskakujące, jak przez te kilka dni wyostrzyły mu się zmysły. Widział i słyszał teraz znacznie więcej, niż przedtem. Nie musiał więc podnosić wzroku, bo wiedział, że muskając źdźbła trawy sunie ku niemu nie wiatr, a coś znacznie bardziej materialnego. Bardziej namacalnego. Bardziej ludzkiego… choć nie był do końca pewien, czy to właściwe określenie. Słyszalny był jedynie subtelny, nieśmiały szelest, jak oddech wiatru na łące.
Do jego uszu dobiegł dźwięk, tym razem z prawej strony. Mokry, obślizgły, przywodzący na myśl cmoknięcie, lub pocałunek, ale i przypominający pacnięcie grudy błota. Potem jeden, pojedynczy trzask, ostry i głuchy zarazem. Dźwięk pękających kości.
Sarna, stojąca nieruchomo w cieniu, z uwagą obserwowała mężczyznę. W pewnej chwili jednak wygięła się nienaturalnie, panicznie, próbując wykonać skok. Skóra napięła się jak pergamin, a potem ciało zwierzęcia skurczyło się w sobie i zniknęło – nie upadło, ani nie uciekło. Na ucieczkę było już za późno. Po prostu zgasło, jak płomień świecy, będący jedyną rzeczą, rozświetlającą mroczny pokój.
Dariusz wziął głęboki wdech i zatrzymał go w płucach. Las ucichł. Nie było słychać nawet owadów, wszystko zamilkło.
I wtedy się pojawił.
Z ciemności, krok po kroku, powoli wyszedł na światło księżyca, które jakby przejęte zgrozą, zadrżało lekko.
Chłopiec. Na oko dziesięcioletni. Zdeformowany. Zbyt wysoki na swój wiek, nawet pomijając fakt, że przyszedł
[wyszedł?]
na świat raptem tydzień temu. Zbyt chudy. Sprawiał wrażenie, jakby ktoś rozciągnął skórę na samych kościach. Choć wyglądał, jakby mocniejszy podmuch wiatru mógłby mu zrobić krzywdę, tkwiła w nim jakaś nienaturalna siła. Niezdrowa energia, niespokojna, niczym woda w Odrze w czasie obfitych opadów… i tak samo jak Odra nieprzewidywalna. Nie sposób było ją okiełznać, nie sposób nad nią zapanować. Czysty, brutalny żywioł, rządzący się sobie znanymi prawami.
Twarz przypominała ludzką, ale tylko z daleka. Oczodoły były pustymi, czarnymi jamami, jakby ktoś zgasił w nich gigantycznego papierosa. Wątła klatka piersiowa unosiła się w powolnym, spokojnym rytmie. Wdech, wydech, wdech, wydech.
Z ust sączył się język. Cienki, śluzowaty, wijący się jak wąż, co chwilę oblizywał niewielkie usta, zostawiając na nich mokry ślad śluzu.
- Tato
Z mlaskających ust wypłynęło pojedyncze słowo, które również zdawało się ociekać śluzem… lub krwią. Głos był spokojny, dziecięcy, czysty, ale mający w sobie pierwiastek czegoś obcego, jakby mówiło nie jedno gardło, ale wiele na raz.
Wireckiego przeszył zimny dreszcz. Miał wrażenie, że razem z ławką, w jednej sekundzie wpada w nicość, w bezmiar kosmosu, bez tleniu i punktu oparcia. Serce zacisnęło się w klatce piersiowej, tłukąc się panicznie, niczym kanarek w klatce. Biło coraz szybciej, aż poczuł, że zaraz rozerwie mu żebra.
Stworzenie przykucnęło, rozglądając się czujnie dookoła. Długie, kościste palce rozcapierzyło na ziemi, opierając się na nich, jakby gotowało się do skoku. Nienaturalnie szeroka jama ustna zamknęła się na chwilę, a cienkie wargi wykrzywiły się w grymasie paskudnego, „jokerowego” uśmiechu.
- Jestem głodny.
Las, podobnie jak przed chwilą Dariusz wciągnął powietrze.
A Wirecki poczuł, w jednej, oszałamiające chwili jasności, gdy organizm zaczął dawać mu wyraźne znaki, że potrzebuje powietrza, że jego syn nie prosi.
On ogłasza.